From Polski

Długi powrót do Polin

 

Polskę odkrył w X wieku pewien żydowski kupiec.

Wolno mi tak napisać? Czy może to uwłacza narodowi, że ktoś go odkrywa? Jednak czytamy, że to Ibrahim ibn Jakub z Kordoby wspomina jako pierwszy o tym, co później stanie się Polską: o księciu Mesko jego mroźnym kraju, jego skorych do gniewu poddanych i ich osobliwych zwyczajach.

Na przykład takim: młody żonkoś, który odkryje, że panna młoda jest dziewicą, może odesłać ją do domu ze słowami: „gdyby było w tobie coś dobrego, byliby cię pożądali mężczyźni i z pewnością byłabyś sobie wybrała kogoś, kto by wziął twoje dziewictwo.” Jest rok 966. Półtora wieku przed kroniką Galla Anonima.

W sąsiedniej sali można obejrzeć najstarsze polskie monety, z XII wieku. Polacy znają je jak własną kieszeń: z obrazka na rewersie 10 zł. Ale teraz gromadzi się tu tłumek i zaczynają się rozmowy, wyciąganie portfeli, porównywanie, kręcenie głowami. Nie, o tym nie mieli pojęcia. Że te dziwne znaki na pierwszych monetach znaczą „książę Mieszko”. Tyle, że po hebrajsku.

Niewiele jest muzeów, które potrafią wstrząsnąć wyobrażeniami zwiedzających już przy pierwszej gablocie. Ale Polin nie jest zwykłym muzeum. Ludzie zjeżdżają z drugiego końca świata, żeby je zobaczyć, i niektórzy wychodzą zapłakani. Trudno mi znaleźć słowo na to, co tu się odbywa. Zamawianie duchów? Kontemplacja? Katharsis?

Jesteśmy na Muranowie, w tej części Warszawy, do której moja mama nigdy nie chciała chodzić. Gdy kiedyś, mimo to, przypadkiem tam trafiliśmy, wzrok jej poszarzał i zamilkła, zesztywniała. Próbowałem zabawiać ją dziecinną paplaniną. Czemu te domy stoją wyżej niż ulica? Fuknęła na mnie, niespodzianie ostro, że dosyć ma już głupich pytań. Słów nie pamiętam, tylko to, co stało się z jej twarzą. W jednej sekundzie przemknęła przez nią wściekłość, rozpacz i smutek tak bezdenny, że ja, potraktowany właśnie jak idiota jedenastolatek, pojąłem w tym momencie, nie rozumiejąc ani czemu ani jak, że moją misją w życiu będzie pocieszanie mojej mamy.

Jest nas dość wielu z taką misją, rozsianych po świecie, ale nikomu z nas się nie udało. Jesteśmy dziećmi tych niepocieszonych.

*

Foto: Karol Szczecinski. Muzeum Historii Żydów Polskich

 

Na fotografii jest odpowiedź na moje pytanie. To tam zostało ono postawione, jakieś sto metrów na lewo od kościoła, piętnaście lat po zrobieniu zdjęcia. Substancja między ścieżkami to mieszanka ludzkich kości, ceglanego pyłu i popiołu. Ta pustynia ciągnie się kilometrami dookoła. Tyle zostało po żydowskiej dzielnicy w Warszawie.

Po wojnie władze uznały, że nie da się wykopać resztek z ruin. Skruszono je i udeptano, a na tym miejscu zbudowano nowe miasto. Ulicom, które biegły już inaczej, ponadawano nowe nazwy. Kiedy tam szliśmy w 1962, nic prawie nie przypominało o tych 400 tysiącach Żydów, którzy dwadzieścia lat wcześniej tu mieszkali, umarli tu albo zostali stąd zabrani w swoją ostatnią drogę.

Nikt też nie powiedział mi, że basen, gdzie w Poznaniu chodziłem na lekcje pływania, był przed dwudziestu laty synagogą. Albo że w drodze do szkoły depczę po żydowskich macewach. Nie wiedziałem, że przed wojną istniały setki miasteczek, gdzie rozmawiano głównie w jidysz. Żaden szkolny podręcznik nie podawał, że naziści stworzyli obozy śmierci dla Żydów.

Aż do lat 80. można było dorastać w Polsce, nie zdając sobie sprawy, że ten kraj od średniowiecza do całkiem niedawna był największą etniczną i wyznaniową mieszanką w Europie. Gdy polska armia we wrześniu 1939 wyruszała przeciwko Hitlerowi, miała kapłanów polowych pięciu wyznań. Wśród nich siedmiu rabinów i jednego imama.

Niewiele znam przykładów równie skutecznego prania mózgu jakiejś nacji. A może to skaza samozawiniona? Pamięć o trzech milionach polskich Żydów, o całym świecie pełnym szkół, świątyń, słynnych filozofów, teatrów, żydowskich dzielnic i całych miasteczek, związków sportowych, gazet, partii politycznych i wojskowych oddziałów wyznania mojżeszowego… Jakże mogła zniknąć? Jak to możliwe, że kraj, któremu amputowano całą kulturę, zawsze istniejącą w jego krwiobiegu, nie odczuwał bólów fantomowych? Albo choćby żalu?

Dziś mamy istny zalew książek, które próbują odpowiedzieć na te pytania. Często obarcza się winą komunizm. To prawda, dla marksisty wojna światowa była przejawem walki klas, zatem zabrakło tam miejsca na ludobójstwo, nie pasujące do schematu. „Ofiary faszyzmu” głosiły napisy na masowych grobach, w których leżeli sami Żydzi. Dopiero w latach 80. Holokaust mógł przejść przez cenzurę.

Komuniści w Polsce mieli niewątpliwie także inne powody, żeby odmawiać mniejszościom ich miejsca w historii. Ponieważ uważano ich za marionetki Moskwy, usiłowali być bardziej polscy od Polaków. Czasami było to tylko absurdalne, jak mania nazywania wszystkiego, od dzielnic miast po papierosy, imionami polskich rycerzy czy nazwami dynastii. Groźne zrobiło się, kiedy mniejszości (Żydów, Niemców, Ukraińców, Ślązaków, Białorusinów, Mazurów i innych) wypisano ze wspólnej historii i zaczęto traktować jako element obcy. Ten proces kulminował jak wiadomo w latach 1967–1969, kiedy to „wrogów socjalizmu” przedstawiono jako wrogów narodu, a przy tym okazało się, że noszą oni żydowskie nazwiska.

Rzecz tylko w tym, że na wielu innych obszarach Polacy nie dali tak łatwo wymazać sobie pamięci. Agresywna niepamięć dotknęła niemal wyłącznie polskich Żydów. Trwała przez prawie pół wieku. Potem wybuchły bóle fantomowe.

Czemu tak późno? Czy muszą wymrzeć naoczni świadkowie, żeby można było mówić swobodnie o tym, co się stało? Powiedziano, że nikt, kto był świadkiem Holokaustu, nie jest bez winy. Amerykański psychiatra Robert J. Lifton zauważył, że ludzie, którzy byli obecni przy czymś tak straszliwym, usiłują odzyskać równowagę, dystansując się od ofiar. Lub po prostu szukają usprawiedliwień dla własnej bierności. Albo bezsilności. W rodzaju, że ofiary w jakiś sposób same są winne swego losu. Istnieje w Europie typ antysemityzmu, który nie może wybaczyć Żydom, że ich zagłada popsuła innym autowizerunek.

I jest jeszcze inny, bardziej trywialny, lecz nie mniej traumatyczny powód tego długiego zapomnienia. Ktoś się wprowadził do domu Singerów tego samego dnia, kiedy rodzinę zabrano do obozu. Ktoś inny przejął ich piekarnię czy kancelarię adwokacką z obrazami, dywanami, porcelaną. Dla milionów ludzi śmierć żydowskiego sąsiada oznaczała możliwość lepszego życia. Są w Polsce takie miasteczka, gdzie prawie nikt nie może czuć się pełnoprawnym właścicielem swego domu. Jakie ślady zostawia to w duszy? Podróżujący po tych okolicach rzadko dostają odpowiedź na pytanie, gdzie kiedyś stała synagoga.

„Tęsknię za tobą, Żydzie” można było przeczytać na murach i ścianach budynków od Krakowa po Gdańsk w roku 2005. Do tego czasu przez dziesięć lat wydano blisko tysiąc tytułów poświęconych losom Żydów. Wszystko, od rewelacji w sprawie udziału Polaków w Zagładzie, rozpraw naukowych, pamiętników i raportów z badań po książki publicystyczne i pamiątkowe albumy o miastach, których już nie ma. Jakby pękła jakaś zapora. (Muszę tu odnotować ponury paradoks: prawdopodobnie jest dziś więcej książek o polskich Żydach, niż Żydów mieszkających w Polsce). I ten zalew wciąż trwa, w zdumiewającym wręcz tempie dziesięciu tytułów na miesiąc.

Przeważnie jest to bolesna lektura dla Polaków, których przez sto lat karmiono narodowo-romantyczną ideą o „narodzie polskim” jako czymś prastarym, pierwotnym i bez domieszek. I jeśli spyta się Polaka (proszę zapytać mnie!), czym się wyróżnia to nieskażone plemię, odpowie pewnie „tolerancją”. Polskim claim to fame jest to, jeżeli Państwo nie wiedzieli, że byliśmy kolebką i ostoją wolności religijnej. Jedynym krajem, gdzie uchodźcy ze wszystkich wojen religijnych Europy mogli znaleźć schronienie.

*

Teraz się sypią te wyobrażenia. Tamta etnicznie czysta Polska nigdy nie istniała. Kraj był tyglem religii i nacji, od biedy powiązanych językiem. Nie ma nawet sensu pytanie o wkład Żydów w polską kulturę, ponieważ tych dwóch rzeczy nie da się rozdzielić. Kultura polska, taka jaką znamy, nie byłaby sobą bez trzydziestu pokoleń żydowskich drukarzy, poetów, wynalazców, proroków, kupców i ich latorośli. Byłaby inną kulturą. Nikt nie wie jaką, lecz na pewno ubożsżą w półcienie.

Także tolerancja jawi się w innym świetle. Polskie prawo z 1573 roku, zakazujące dyskryminacji z przyczyn religijnych, było istotnie wyjątkowe. (Podobne uprawnienia Szwedzi otrzymali dopiero w roku 1951, bez mała czterysta lat później). Ale nie przeszkadzało ono w odsuwaniu Żydów od pewnych zawodów, wypędzaniu ich z miast, gnębieniu ich dowolnie nakładanymi podatkami ani robieniu z nich kozłów ofiarnych, winnych wszelkim nieszczęściom.

Najbardziej bolesne dla portretu wlasnego Polaków jest uświadomienie sobie, że nie „zrobili, co mogli”, jak zwykło się mówić, żeby ocalić polskich Żydów od hitlerowskiej machiny śmierci.

Niewielką pociechą jest fakt, że Polacy zrobili więcej niż inne narody, kiedy teraz przychodzi im zrozumieć, że część z nich wydawała swoich sąsiadów, czy nawet brała udział w zabijaniu.

*

Jako narodowy rachunek sumienia, to, co się teraz dzieje, nie ma precedensu. Wcześniej tylko Niemcy potrafili tak bez znieczulenia ciachać w swoim autowizerunku. Ale Niemcy nie mieli już nic do stracenia. Niektórzy twierdzą jednak, że polska odwaga do samokrytyki podszyta jest koniecznością. Że ludzie już nie mogą dłużej żyć w domu, w którym straszy.

Ktoś powiedział, że w Polsce można czuć się świetnie, dopóki nie otworzy się gazety. Od chwili upadku komunizmu kraj rozwija się w zawrotnym tempie. Bieda maleje, prawie wszystko działa, łapówkarze siedzą pod kluczem, można poruszać się na wózku inwalidzkim, polscy uczniowie zostawiają w tyle szwedzkich, na czele rządu stoi kobieta, płace rosną, przestępczość spada, a Żyd z pejsami jest w Warszawie bezpieczniejszy niż w Malmö. Ten i ów zaczął już sortować śmieci. Z ludźmi można dogadać się po angielsku, są życzliwi dla obcoplemieńców. Ba, nawet dla Rosjan.

Ale otworzyć gazetę to tak, jakby uchylić bramy czyśćca. Spokojny kraj zdaje się drżeć na krawędzi wojny domowej. Nie można ufać nikomu, politycy są albo cyniczni, źli, albo skorumpowani; kraj pozostaje w rękach zdrajców, pederastów, wyznawców Antychrysta, szwedzkich feministek (a tak), obcych agentów, UE, mafii, komunistów, Putina i Angeli Merkel.

To jest ten dom, w którym straszy. Na publicznej scenie, w polityce i na szpaltach gazet, rozsądni, zdałoby się, prawicowi politycy przestają zachowywać się racjonalnie. Gdy spotykają odmienny pogląd, wietrzą wroga. Trywialne sprzeczki mogą w mgnieniu oka nabrać wagi zmagań dobra ze złem. Tak jakby byli więźniami greckiej tragedii. Ktoś pisze ich role.

Robią to duchy, uważa antropolog kultury Joanna Tokarska-Bakir. Widma nieopłakanych. Albo, mniej poetycko: wyparta historia.

Proszę nie pytać mnie, jak duchy to robią. Ale wydaje się, że ludzie, którzy wbrew lepszej wiedzy bronią swego autowizerunku, skłaniają się ku widzeniu świata w kategoriach czerni i bieli, dobra i zła. Jakby najmniejsze zawahanie groziło otwarciem szczeliny w pancerzu, przez którą mogłoby wedrzeć się wielkie zwątpienie.

*

Potrzebowałem tak długiego wstępu, aby pokazać, że Polin, nowo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, także PISZE historię. Wyznacza symboliczny kres pewnego narodowego spojrzenia na historię w kraju, gdzie nacjonalizm – z przyczn historycznych – był do niedawna nieodzowny i równoznaczny z dążeniem do wolności. To niemało, zwłaszcza jeśli popatrzeć, dokąd zdaje się zmierzać Europa.

Polin to hebrajska nazwa Polski. Już w pierwszej sali muzeum lekka konsternacja. Tam, gdzie można by się spodziewać średniowiecznego zwoju Tory, szumi puszcza. Wsłuchujesz się w ptasie tryle, aż pojmujesz. Twórcy muzeum odwrócili perspektywę! To nie Polska tu opowiada historię Żydów. To Żydzi, którzy tu mieszkali opowiadają swoją. Las był, rzecz jasna, pierwszą rzeczą, jaką ujrzeli przybysze z Kordoby.

W kolejnych salach przemawiają głównie żydowskie źródła. Jeśli ktoś chce, wystarczy mu czytania i słuchania na cały tydzień. Są tu schowane w szafkach, szufladach, przegródkach, na ekranach dotykowych, w słuchawkach – listy, umowy kupna, pamiętniki, protokoły policyjne, przepisy kucharskie, religijne spory…

Chór pomieszanych głosów, często osobistych, czasami intymnych, z ośmiu wieków. Wiedza potomnych maksymalnie wyciszona. Nie znam żadnego, tak świadomie anty-anachronicznego muzeum, gdzie zwiedzających kusi się, by się rozpoznawali w dawno temu zmarłych.

Rezygnacja z wszechwiedzącego komentarza na rzecz świadków z epoki to genialny pomysł, jeden z paru, dzięki którym muzeum jest tak przejmujące. Zwiedzający przenosi się mentalnie z widowni na scenę. Inny szczęśliwy chwyt to odrzucenie abstrakcji. Któremuś z krytyków zabrakło na wystawie osobnej części poświęconej antysemityzmowi. Ów krytyk najwyraźniej nie załapał bluesa. Ta ekspozycja prosi, żebyśmy zapomnieli to, co wiemy. Zaprasza, byśmy popełzli pod prąd czasu, liznęli smaku życia, jaki znali ci żyjący wtedy.

I opowiada, bardzo obrazowo, że polscy Żydzi byli przez stulecia wystawieni na stałą nagonkę ze strony Kościoła a także, to na przemian, na chciwość feudalnych panów, kozacki resentyment wobec szlachty, nienawiść pańszczyźnianych chłopów do wszystkich dokoła, zawiść chrześcijańskich kupców oraz – w czasach współczesnych – na nacjonalistyczne wykluczenie i rasizm. Ale nigdy na wszystko to jednocześnie. Przez długie okresy władza królewska albo szlachta chroniła „swoich” Żydów przed zawistnymi mieszczanami i fanatycznym klerem. Późniejsze zbiorcze pojęcie „antysemityzmu” przeszkadza w zrozumieniu, jak tenże powstawał.

*

Większość muzeów mieści się w budynkach, które wzniesiono w innym celu. Wciska się to, co ma się do pokazania, do istniejących już lokali. Polin jest inne, co tłumaczy, czemu stworzenie go zajęło aż dwadzieścia lat. Zaczęto od szukania przestrzennej ekspresji dla klimatu danej epoki. Wiek XVII, złoty wiek polskich Żydów, wymaga przestrzeni wysokiej, otwartej. Schyłek XIX wieku to emancypacja, syjonizm i dezorientacja. Czy trzeba emigrować, czy można zasymilować się, ale pozostać Żydem? Tu człowiek ma nie wiedzieć, kędy droga. I czarne lata 1939–1945, klaustrofobiczny labirynt, w którym przestrzenie zakrzywiają się, a ściany walą się wokół wydanych na zagładę.

A zatem zaproszono architektów do wzniesienia budynku wokół historii, w której krzywizny i wysklepienia były już postanowione. Zwycięski projekt Fina, Rainera Mahlamäkiego (z którym konkurowali między innymi Daniel Libeskind i Peter Eisenman) jest zarazem prosty, niezwykły i naładowany symboliką. Fasada ze szklanych, ustawionych pod kątem paneli zabarwia się kolorem nieba; w niektóre dni wygląda jakby wzlatywała nad ziemię. Zaś w holu wejściowym, który jest zapewne najosobliwszym w Polsce wnętrzem (falowanie przestrzeni, gra światła i cienia, zanurzenie w barwie ciepłego piasku), nie wiemy, czy wędrujemy przez pustynię, czy rozstąpiły się wody Morza Czerwonego. Czy może wody płodowe. Tak czy inaczej, to hymn na cześć życia.

Niektórzy skarżą się, że wystawa jest zbyt bogata i w tej obfitości nazbyt łatwo się pogubić. To prawda, trzeba by pewnie tygodnia, żeby sobie to wszystko przyswoić. Już na samą rekonstrukcję polichromii z prowincjonalnej XVII-wiecznej synagogi z Gwoźdźca można poświęcić kilka godzin. Ale na mnie ten nadmiar i ten względny brak spójnego porządku robią zupełnie inne wrażenie. Wyzwalają ciekawość i nakłaniają do pokory. Niech nam się nie wydaje, że w jeden dzień można ogarnąć cały ten miniony bezpowrotnie świat. Jakaś bardziej natrętna struktura blokowałaby w zwiedzających autentyczność wzruszeń.

Widzę młodego człowieka, który przysiadł na ławce w wirtualnie odtworzonej jesziwie, animacji hałaśliwej szkolnej klasy, z głosami pozbieranymi z listów i pamiętników. Siedzi w tym samym miejscu, gdy przechodzę dwie godziny później. Mieszka w Brooklynie? A może w Hajfie? Czy dziadek coś mu opowiadał, czy zdążyli zabrać jakieś zdjęcia, czy też ten świat objawia mu się po raz pierwszy?

Warszawa w listopadzie to nie lep na turystów. Jednak w Polin panuje tłok i babilońskie pomieszanie języków. Angielski, hebrajski, hiszpański, rosyjski… To muzeum nie będzie miało problemów z liczbą zwiedzających. Niektórzy przyjeżdżają tutaj tylko po to, żeby podziwiać dzieło Mahlamäkiego. Mówi się już o „efekcie Bilbao”. A dla dzieci i wnuków emigrantów, jak Woody Allen, Barbra Streisand, Amos Oz i dziewięć milionów innych, Polin jest pierwszym muzeum ziemi ojczystej – najwspanialszą jak dotąd próbą przywołania pamięci tego świata, z którego większość żyjących dziś Żydów wywodzi swoje korzenie.

Myślę, że moja mama wyszłaby z tego muzeum zapłakana i trochę mniej niepocieszona. Nigdy nie przestała kochać kraju, który ją wypędził.

Maciej Zaremba

 

 

przełożył Mariusz Kalinowski

Tekst ukazał się 4 stycznia 2015 w największej szwedzkiej gazecie „Dagens Nyheter”

 

ŻYDZI W POLSCE

Większość ludzi uważających się za Żydów wywodzi się z obszaru, na który dziś składają się Polska, Litwa, Białoruś, Łotwa, Ukraina oraz zachodnia część Rosji, lecz który od XVI do XVIII wieku był jednym państwem, królestwem polsko-litewskim.

Napływ Żydów z Nadrenii zaczął się w średniowieczu. W roku 1264 książę Bolesław Pobożny zagwarantował Żydom swobodę wyznania, samorząd gminny oraz prawo wykonywania niektórych zawodów. Na początku XVI wieku gminy żydowskie istniały w około 100 miastach. 250 lat później w Polsce było największe skupisko Żydów na świecie, około 700 000 osób z własnymi gminami w 1100 miast i osad. W tym czasie w Szwecji wiara żydowska była jeszcze zakazana. Pierwsza gmina dostała zezwolenie dopiero w roku 1780.

Aż do lat 30. XX wieku większość polskich Żydów (wówczas około 3,3 miliona, dziesięć procent ludności) mówiła w jidysz. W wielu miastach na wschodzie ludność wyznania mojżeszowego stanowiła połowę mieszkańców. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej tylko Nowy Jork miał większą mniejszość żydowską niż Warszawa.

Zagłada położyła kres tysiącu lat żydowskiej historii w Polsce. Spośród nielicznych, którym udało się przeżyć, większość wybrała emigrację, a część została do niej zmuszona przez polską partię komunistyczną w latach 1967–69. Dziś żyje w Polsce prawdopodobnie koło 10 000 osób, uważających się za Żydów.

Polin, Muzeum Historii Żydów Polskich, jest owocem niezwykłej współpracy. Budynek został sfinansowany przez rząd i miasto Warszawę. Natomiast ekspozycja, finansowana z darowizn, jest dziełem międzynarodowej grupy naukowców pod kierownictwem profesor Barbary Kirshenblatt-Gimblett z Uniwersytetu Nowojorskiego. W pracy uczestniczyło wielu wolontariuszy: na przykład wspaniała polichromia z synagogi w Gwoźdźcu została zrekonstruowana przez studentów z ośmiu polskich miast.

Muzeum zostało otwarte w kwietniu 2013 roku, lecz oficjalna inauguracja miała miejsce dopiero w końcu października 2014. Stała wystawa opowiada o żydowsko-polskiej historii od średniowiecza aż po dzień dzisiejszy. Muzeum jest także domem kultury, gdzie odbywają się koncerty, seminaria, przedstawienia teatralne i debaty.

 

 

Skogen vi ärvde (svenska och polska)

 

Hela artikelserien finns utgiven på Weylers förlag http://www.weylerforlag.se/bocker/skogen-vi-arvde/

Här kan man läsa det första avsnittet.

Denna artikelserie finns också på polska.
Ten reportaż w przekładzie na polski ”Leśna mafia. Szwedzki thriller ekologiczny” ukazał sie nakładem wydawnictwa Agora. http://www.agora.pl/agora/1,111600,16844293,_Lesna_mafia__Szwedzki_thriller_ekologiczny____nowa.html

Tutaj można przeczytać pierwszy rozdział.

 

 

1.Sveriges nya miljonprogram

 

Kanske var det hunden som skällde. När Hans Åfeldt tittade ut genom köksfönstret såg han en man vid tomtgränsen. Mannen var klädd i grönt och under jackan hade han en rulle med rödgula band som han knöt runt trädstammarna. ”Stora Enso” stod det på snitslarna. Det var så Hans Åfeldt fick reda på att skogen för vars skull han flyttade till Storfors sex år tidigare, skulle huggas ned. När skulle det ske? Den grönklädde visste inte riktigt. Om några veckor kanske, eller först till jul.

Detta var strax före midsommar. Från den dagen och i sex månader framöver lärde sig Hans Åfeldt och hans grannar allt som är värt att veta om svensk skogspolitik. De vann många insikter, förvisso. Men framför allt fick de sig en läxa.

”Vår skog”, sade Åfeldt och grannarna om tallarna utanför sina fönster. De visste förstås att marken ägdes av någon annan. Men de uttryckte sig som de stockholmare som talar om ”vår stad”, fastän de inte äger husen. Och de trodde, liksom folk i städerna, att de hade en viss rätt till sin livsmiljö. Det var ju dit man gick på morgonpromenad, dit lärarna tog med sig barnen för naturkunskap. Denna lilla skog (lite drygt Humlegården) var noga räknat en del av samhället: utsikten från skolfönstret, inramningen till badet och campingplatsen och Inlandsbanans hållplats. Den var, kort sagt, kultur och trolsk: höga tallar och granar, marken täckt av mossa, små raviner i sluttning mot Mögsjön.

Det finns en rad rättsbegrepp för sådana kvaliteter i miljöbalken och i skogsvårdslagens paragraf 30: ”tätortsnära”, ”hänsyn”, ”landskapsbilden” Och det finns ett annat: ”skyddszon”. Det var det första Åfeldt och grannarna slog upp och fyndet fyllde dem med tillförsikt. Det var helt klart att något misstag måste ha begåtts.

Sju månader senare är utsikten från deras fönster mest lik slagfälten vid Verdun: meterlånga stumpar som sticker upp bland bråten där det varit skogsdunkla stigar, här och var ett ensamt träd, i övrigt ödslighet. I sommar skall detta välkomna tyskar och holländare på Inlandsbanan som Storfors turistbyrå lockat med ”orörd natur”.

Under dessa sju månader hade Åfeldt, i spetsen för sina grannar och med stöd från hembygdsföreningen, Företagarna i Storfors, Jaktskytteklubben, pensionärerna med flera bestormat i tur och ordning: Skogsstyrelsen, förvaltningsrätten, länsstyrelsen, Naturvårdsverket, Stora Enso som förvaltar skogen, Bergvik Skog AB som äger den, sin egen kommun, justitie-, miljö- och landsbygdsministern. De gick ända upp till statsministern, för de ville inte tro att de besked de fått på vägen kunde vara rätt.

Jag skall längre fram berätta i detalj vad de fick för besked där i Värmland, för jag kan inte tänka mig en fråga som kunde angå fler i Sveriges land.

Medan vi tvistar om anslagen till teatern fullbordas en något större kulturreform därute. Och i motsats till det mesta som politiker hittar på är den oåterkallelig. Sverige ömsar landskap.

För sextio år sedan fruktade poeten och botanikern Sten Selander att svenskarna inte längre skulle komma att finna de miljöer som folkvisorna sjunger om. Storskogar, lundar, hagar…

Hans Åfeldt och hans grannar är inte unga längre, så de slipper se detta något som Stora Enso skall plantera utanför deras fönster. Men det finns redan, på hälften av Sveriges yta: fyrkanterna av likgamla träd av samma sort i räta rader, oftast gran. Där det förr varit äng är virkesåker. Där det nyss varit skog är det också virkesåker. Inte sedan Gustav Vasa har det stått så många trädstammar i Sverige – och så litet skog.

Det är det som är Reformen. Skogslandskapet undergår samma sorts förvandling som städerna på 60-talet. Miljonprogrammet fortsätter i naturen.

Det kan hända att för somliga framstår denna reform som något gott. Det finns människor hos vilka gamla träd väcker hemliga aggressioner. Just nu pågår en bisarr strid om den undersköna jätteboken på Katedralskolans gård i Lund. Den är litet skröplig efter 175 år och måste därför sågas ned, har stadens trädvårdare bestämt. För tänk om någon kryper under och får en kvist i skallen …

Utan tvekan är den moderna svenska skogen ett framsteg ur såväl trygghets- som ur renlighetssynpunkt. Där multnar ingen ved bland ohygienisk mossa, där strövar den allergiske trygg för björken och konvaljen. Barnvänligt är det, liten risk för lille William att snubbla över murken stam, tugga i sig okänd svamp eller gå vilse. Det är sällan längre än 300 meter till körbar väg. Och den som söker stillhet lär inte bli lottlös. Varken hackspetten eller lövsångaren väsnas i plantagerna.

I den moderna skogen behöver inte modern ungdom känna sig otrygg. Där är beståndet lika ålderssäkrat som matställena på Södermalm. Här tindrar tio hektar sammanhållen dagisgrupp. Där, avskilda av en rak linje, tonåringarna, i lika dräkter, vänder ryggen mot Club 33. Och ett stycke längre bort står en yta 70+, mogna för slutavverkning.

Här upphör dock likheten, ty medan människor tillåts leva olika länge, skördas träden i den moderna skogen i sin levnads mitt. Det är det mest omvälvande med den kulturreformen. I alla tider har människan sett det gamla trädet som en förbindelse med förfäderna, eller rent av med världsalltet. Snart är detta svärmeri ett privilegium för flanören i en stadspark. Ute i skogslänen är de flesta träden redan yngre än människorna, ty där har det krokiga, ålderstigna och avvikande ingen rätt att finnas till. (Utom i fjälltrakterna och i några mikroskopiska reservat.)

Tre vuxna män kunde knappt famna den stora tall i Skrälldalen i Hälsingland som de efter stora möda fällde 1890. Hundra år senare finns det knappt ett sågverk i Sverige som är berett på grövre stockar än vad ett barn kan famna. Så den dagen är inte långt borta då en värmlänning får maka sig till Skogskyrkogården i Stockholm för att få röra vid en tall gammal nog att minnas hans farfar. (T-banans gröna linje mot Farsta strand.)

Detta är ingen vågad gissning, det är fakta. Inte ens Sveriges Nationalatlas räknar med ”skog” längre, påpekar Kerstin Ekman. Det heter ”skogsbruk”. Prognosen för skogsbruket, i samma atlas: Om femtio år kommer det mesta av furorna söder om Dalälven att ersättas av granplantage och nästan samma gäller för lövträden i Skåne.
Och vad gör det? undrar någon. Det vet vi faktiskt inte. Inget landskap är oföränderligt. Men det har nog inte inträffat tidigare att en kultur på tre generationer ersatt den natur som varit dess källåder under ett millennium – med en vedfabrik.

Jag kan ha fel förstås, men skall jag nämna en vändpunkt i modern svensk historia, en sådan dag då något rämnat, blir det majnatten 1971. I två decennier har stockholmarna accepterat att man rivit hus som varit en prydnad för varje metropol. (I dag får man betala en dagslön för ett dörrhandtag från dessa kåkar.) Visst knotades det en del, men inte mera. Och så plötsligt, tretton almar som stod i vägen för en, märk väl, KOLLEKTIV trafik. En enkel match, kunde man tycka. Ett statsbärande parti med Olof Palme i släptåget på ena sidan, ett hundratal okammade trädkramare på den andra. Men det var inte de som klängde i trädkronorna som skrev historia. Det var de slipsklädda nedanför, som kommit till undsättning. Från bankerna i närheten, av allt att döma. Det kan inte uteslutas att någon friherrinna fick en polisbatong i ryggen denna natt.

Ja, det var ett nytt läge. Överklass i plötsligt samförstånd med skäggig vänster. Kring vad? Kring tretton gamla träd.

Se där, det var något med svenskar som välfärdsmakarna råkat glömma bort. Man hade sjungit Taube på partifesterna, men missade kanske de djupare stråken? För nu skällde samme Taube dem för barbarer. Det var starka ord, och otacksamma, från en som fått folkpension och kunde få färdtjänst. Hjälp, vad är det som händer?

Det är tiden som vänder. Almstriden var det första nederlaget för en idé om välfärd som förutsätter att allt som människan värdesätter kan fångas i tabeller. Inkomst, avstånd till vårdcentralen, förvärvsavdraget och pollenhalten. Det är viktiga saker, inte tu tal om det. Men i den kalkylen var almarna i Kungsträdgården i bästa fall fem lass spisved som stod i vägen för utvecklingen.

Jag drar upp almstriden för att jag inte tror att det var av en slump att det blev träd och inte något rivningshotat hus som fick de välkammade att slåss mot polisen. En sönderbombad stad kan återskapas. Det är inte grävskopan eller dynamiten som åstadkommer de djupaste såren. Det är motorsågen.

Det måste vara ett tidens tecken att förlagen pumpar ut böcker om förlorade skogar. Jag hade i deras efterföljd kunnat påminna om att utom gudar drar ingenting på jorden till sig sådana emotioner som gamla träd. Eller har en viktigare plats i människans sökande efter sin bestämmelse. Jag hade kunnat åberopa Bibeln och legenderna, från Gilgamesh till Kalevala, eller påminna om att ganska nyligen sonades nedhuggen ek med samma bot som dråp på en smålänning. Eller citera sida upp och ned av svensk lyrik:

Någon andemakt, någon hemlig makt
har i trädets gömda rötter sin vilja lagt.

Det var Karin Boye. Men Hollywood (också ett namn!) har gjort det nästan lika bra. Det är värt begrundan att historiens mest sedda film inte handlar om olycklig kärlek eller ens om Jesus. Den berättar om det oförlåtliga i att fälla ett mycket gammalt träd för att det kanske finns gull därunder. Jag har märkt att somliga i publiken är missnöjda med slutet. De hade helst sett trädmördarna lida en mera pinlig död. Det rapporteras att hos en hel del amerikaner väckte den skogliga skönheten i ”Avatar” en otröstlig saknad. Det finns terapier för personer med PADS (Post Avatar depression syndrome), som inte står ut med att leva utestängda från planeten Pandoras djungel.

”Bestialiskt mord”, skriver en kollega i denna tidning om de förgiftade pilarna vid Norr Mälarstrand. Jag noterar att detta förmänskligande av trädet sällan kommer djur till godo, inte ens de hotade arterna.

”Må skarven slå ned hos dig – en träckande, stinkande, skränande förbannelse! Hämnd i tusental över dig! Fördömelse från trädkronorna! Må taket på din sommarstuga på skäret ruttna under tyngden av skarvarnas spillning och falla ihop över teven och soffan. Nu skall du få din sista tirad om naturen nedkörd i halsen som ett rostigt strömmingshalster och din sista förnumstighet om fritidsytor ska vi skala ned som skarvens boträd till gråa skelett av ord utan mening. Fästingarna skall suga dig och med rödlågande inflammationsringar och med bakterieanfall på hjärnan ska de berätta för dig vad natur är!”

Adressaten till dessa rader, skrivna 2007, är en kommunalpolitiker som trodde sig göra en välgärning med att förvandla ett stycke naturskog till motorcykelbana. Så att ungdomen kom ut i det fria.

Det anmärkningsvärda, förutom raseriet, är hämnarens sakkunskap. En fransk akademiledamot skulle knappast skriva på det sättet. Förmodligen vet han inte ens vad skarv är för slags fågel. Men varannan svensk diktare är en amatörbiolog av rang. Det säger något om naturens ställning som en spegel för människan i vår kultur. Eller rent av något mer än bara spegel? För­fattaren till utbrottet ovan heter Ekman, Kerstin var förnamnet. Tömde man biblioteken på författare med träd i namnet, bleve inte många kvar.

När folk på 1700-talet fick välja namnen själva döpte sig tyskar och britter efter färger eller yrken. De blev Brown och Smith och Müller. Svenskar döpte sig till träd. Helst något med lind eller lund, björk, alm … Ja, lövträd. Det susar av trädkronor i telefonkatalogen, men det är svunna skogar, fantomsmärtan efter de landskap Sten Selander såg försvinna.

Det är bara svenskar, finländare och japaner som på det sättet försöker smälta in i bland träden, upplyser folklivsforskaren Bengt af Klintberg. I dessa länder spelar också skogen en central roll i kulturen, liksom i vardagen. När vi tillfrågas om hur vi vill bo säger vi ”ogenerat läge”, vilket betyder många träd, få människor, upplyser mäklarna. Det är inte närheten till te-ater, sjukhus eller ens gymmet som efterfrågas i första hand utan ”möjligheter till promenader i skog och mark”. Och skall man tro kontaktannonserna är det efter sex (”mysiga hemmakvällar”) vandring i nämnd miljö som vi helst vill idka med henne/honom/hen. Och vi gör det! Var tredje svensk, minst en gång i veckan, meddelar Statistiska centralbyrån. Jag läser att originalmelodin till ”Du gamla du fria” är en folkvisa från Västmanland som börjar:

Så rider jag mig genom sjumilaskog,
me ’n andra så söteligen sova …

Det sägs att det är farligt att tala om sådant som folksjäl. Men jag som invandrat från ett åkerland (Polen betyder fält) inser snart att det susar mycket mera av trädkronor i svens­kens själ än i min egen. Vi från avskogade länder minns skogsdungen som råkade finnas i när­heten som ett undantag, ett gömställe.
För grekiskfödde Theodor Kallifatides till exempel, var ”skog” närmast synonymt med tonårstrånad. Det var där ungdomar i hans by stämde möte. Hans bild av svenskar som ett sexuellt frigjort folk förstärktes därför av deras ständiga tal om skogsutflykter. Men när en arbetskamrat i det nya landet föreslog en skogspromenad på lunchen, tyckte Kallifatides att det gick väl långt. OK för den svenska synden. Men på lunchen?

”Hela den svenska kulturen är inbäddad i storskogen som ett nybygge. Det doftar barr och pors om oss alla”, skrev litteraturhistorikern Fredrik Böök år 1924. Nästan hundra år senare skriver en författare av ett helt annat sinnelag, Joycetolkaren Erik Andersson (à propos Kerstin Ekmans ”Herrarna i skogen”) att om språket är det som fransk kultur håller heligast, så är det jorden för ryssarna och för svenskarna – skogen. ”Vi sökte skogen och han var vi.”

Det var vackert sagt, som så ofta när svensk diktare får träd i sinnet. Jag gissar att på varje kvinnligt föremål för lyrisk trånad går det två björkar, en lind och ett par tunnland blandskog. När vi går i skogen, går vi kanske upp i den.

O dessa mörka skogar inom oss där jättarna slumrar
Det som vi kallar själen
är bara en vandrande solreflex
under träden
En uthuggning
dit det snedställda ljuset når

Det var Werner Aspenström. Men också enklaste uttryck som ”dra åt skogen!” (det vill säga åt helvetet, obegripligt på de flesta språk) antyder att skogen intar en metafysisk plats i svenskens sinne. Där finns både paradiset och det andra stället. Den står för frihet och dödsbringande förtrollning, där blir man förlorad eller frälst, där ruvar den farliga kvinnligheten, där växer svårmodet och hänförelsen. ”Gud är inte död, men har flyttat från kyrkan till skogen”, noterade psykiatrikern Nils Uddenberg häromåret.

För somliga har han kanske alltid funnits där? Idéhistorikern Sverker Sörlin har noterat att till och med maskindyrkaren Artur Lundkvist tillber träden:

Finns det ännu hopp för träden då finns det även hopp för människan, om människan som sin egen gud inte förnekar träden som gudar.

Men då antar jag att det spelar roll att de skogar som inspirerat katedralbyggarna numera mest liknar ett parkeringsgarage. Trångt mellan pelarna och lågt i tak. Det blir en annan sorts andakt. Jag uppehåller mig vid detta för att underbygga mitt ärende och förklara varför jag tänker dra i väg med läsaren till Kvikkjokk, Vuollerim och Storfors, till Hedekas och Arjeplog. Och till och med till Europas sista urskog, allt i akt och mening att begripa den maktlösa vrede som sällan märks i Stockholm men som möter reportern i skogsbygden, det vill säga i Sverige.

Det var i Storfors vi började. Hans Åfeldt står bland kvarlevorna av sin skog.

Trädskördaren har tagit paus. Det har snöat, skymningen släcker färgerna, nu ser det än mera spöklikt ut, som på de svartvita arkivbilderna från slagfälten. Jag har försökt intervjua Åfeldts granne, men valde att avbryta. Kanske för att jag aldrig vetat vad man frågar i ett sorgehus. Eller så var det mannens spända käkar och något i hans blick som tycktes göra mig medskyldig till förödelsen. Han är lärare. I trettio år har skogsplätten utanför varit skolbarnens biologisal och orientararbana.

Det var som sagt för denna skogs skull som Åfeldt flyttade hit från Örebro för sex år sedan. ”Jag blev rent salig varje morgon när jag öppnade dörren. Folk som kom på besök blev helt hänförda. Men konsulenten från Skogsstyrelsen som kom hit tyckte som skogsbolaget. Det var en värdelös produktionsskog, sade de, med låga naturvärden, särskilt som det är kalhyggen runtomkring.”

Hans Åfeldt säger att skogen blivit en klassfråga. ”Det är vi i skogslänen som är underklassen. Stadsborna får ha sin skog i fred.” Det tar ett tag innan jag inser att det som låter som en paradox är en bisarr realitet.

Stockholmaren kan ta cykeln till en trollskog och vandra där i timmar utan att stöta på en väg. I det skogigaste bland landskapen kan Hans Åfeldt inte knalla i en kvart bland virkesåkrarna utan att hamna på kalhyggen. I Stockholm är skyddszonen mot hänsynslösa hyggen tre mil från staden. I Storfors är det fem meter från husknuten. Kanske är det förklaringen till att stadsborna är de sista att uppfatta förvandlingen av landskapet.

Hur gick det till när landsbygden blev naturvårdens underklass? Man står där i rishögarna, betraktar uppvisningen i brutalitet och känner sig förflyttad till 70-talet.

Eller ännu längre, till baggböleriets tid. Det ogenerade maktspråket, arrogansen. Åfeldt och grannarna fick skriva flera gånger för att ens få en reaktion från bolaget och myndigheten. De åberopade lagar, ministerord, utredningar, bifogade kartor och namnlistor. Svaren de fick var korta och nedlåtande ”Vi har mottagit era synpunkter…föranleder inte…”

Hans Åfeldt har aldrig känt sig så vanmäktig och så förödmjukad. Både bolaget och myndigheten lät förstå att han var lite löjlig, kanske en rättshaverist, som larmade om skönhetsvärden där det bara växte ved. Och trodde att han kunde vinna! Han visar mig ett brev från Bergvik skog. Bolaget besvarar ingen av hans frågor, men upplyser att ett kalhygge efter några år ”kan vara väl så tilltalande för en naturälskare”. Han glömmer inte mannen från Stora Enso som räknade trattkantarellerna. Åfeldt trodde att det var till fördel för saken. Det var det inte. Att svampen stod där indikerade att skogen inte var så välbesökt som Åfeldt hävdat, fick han höra. Då var den inte heller särskilt välbehövlig.

Men värst av allt var upptäckten att alla hans mödor var bortkastade på förhand. Redan i somras, när han skrev sina första brev, var detta kalhygge villkorslöst godkänt av Skogsstyrelsen, utan att någon tjänsteman kastat en blick på skogen. Och det beslutet kunde inte överklagas.

Hursa? Myndigheten hjälper skogsbolaget att kringgå den enda lag som skyddar skogslandskapet? Ja, det är Hans Åfeldts erfarenhet, dokumenterad i flera tjocka pärmar. Han hoppas att DN skall berätta vad han funnit, så att inte andra gör om hans misstag. Som var att tro att vi har något som helst rättsligt skydd för skogen för människornas skull.

Man kan numera inte handla mjölk (eller ens torka sig i arselet) utan att bli försäkrad om skogsindustrins miljöansvar. Skogen av vilken den här servetten-toarullen-brevpapperet gjordes har brukats och avverkats under hänsyn till människa och natur, intygar Svanen eller FSC-märket på förpackningen. Också produkterna från Bergvik Skog och Stora Enso bär dessa tröstande symboler.

På hyggets tredje dag stod några praktfulla träd närmast husen kvar. Bland dem en väldig gran, 270 centimeter i omkrets, troligen ett av Storfors äldsta vittnen. Då har bolaget ändrat sig i sista stund? Nej, inte alls, trädet är bara för mäktigt för skördaren, måste tas ned för hand, upplyser maskinisten. Jag förstår, så här grovt virke är förstås extra begärligt? ”Nej, den här vill inget sågverk ta. Den står så nära huset att den är säkert full med spik efter fågelholkar.” Så vad blir det av den? ”Massa, papper eller kanske blöjor.”

Fortsättning följer.

Maciej Zaremba

*

 

 

NOWE SZWEDZKIE BLOKOWISKA

 

Może to pies zaszczekał. Gdy Hans Åfeldt wyjrzał przez kuchenne okno, zauważył na skraju działki jakiegoś mężczyznę. Był ubrany na zielono, a pod pachą trzymał zwój żółto-czerwonej taśmy, którą obwiązywał pnie drzew. Na paskach widniał napis „Stora Enso”. To wtedy Hans Åfeldt dowiedział się, że las, dla którego sześć lat temu przeniósł się do Storfors, ma zostać wycięty. Kiedy to nastąpi? Ten w zielonym dokładnie nie wiedział. Może za parę tygodni, albo dopiero na Boże Narodzenie.

Zdarzenie miało miejsce tuż przed nocą świętojańską. Od tej chwili, przez kolejnych sześć miesięcy Hans Åfeldt i jego sąsiedzi nauczyli się wszystkiego, co warto wiedzieć o szwedzkiej gospodarce leśnej. Ale przede wszystkim dostali nauczkę.

„Nasz las” – tak mawiał Åfeldt i jego sąsiedzi o sosnach za oknami. Wiedzieli, rzecz jasna, że ziemia należy do kogoś innego. Ale wyrażali się tak jak sztokholmczycy mówiący o „swoim mieście”, choć nie są właścicielami domów. I wierzyli, podobnie jak ludzie w miastach, że mają do swojego otoczenia jakieś prawa. Tam człowiek chodził na poranne spacery, tam nauczyciele zabierali dzieci na lekcje przyrody. Ten lasek (nieco większy niż park Humlegården) był częścią osady: widokiem z okien szkoły, otoczeniem jeziora, kempingu i przystanku kolejowego. Krótko mówiąc, był kulturą i powabem: strzeliste sosny i świerki, ziemia porośnięta mchem, malownicze jary schodzące do jeziora Mögen.

Dla takich jakości istnieje szereg oficjalnych określeń w prawie ochrony przyrody oraz w paragrafie 30 ustawy o lasach: „w pobliżu aglomeracji”, „poszanowanie”, „ukształtowanie krajobrazu”. I jeszcze jedno: „strefa chroniona”. To właśnie je wyszukał Åfeldt wraz z sąsiadami, a fakt ten napełnił ich otuchą. Było jasne, że musiała zajść pomyłka.

Siedem miesięcy później widok z ich okien przypomina krajobraz po bitwie: metrowej wysokości pniaki wystające wśród odpadów drzewnych w miejscu dawnych cienistych ścieżek, tu i ówdzie samotne drzewo, poza tym pustkowie. Latem ten właśnie widok powita wysiadających z pociągu Niemców i Holendrów, których biuro turystyczne Storfors skusiło obietnicą „dziewiczej natury”.

W ciągu tych siedmiu miesięcy Åfeldt na czele grupy sąsiadów, z poparciem towarzystwa regionalnego, organizacji przedsiębiorców w Storfors, koła łowieckiego, emerytów i wszystkich innych, przypuszczał szturm kolejno do: Zarządu Lasów, Sądu Administracyjnego, Zarządu Województwa, Urzędu Ochrony Środowiska, zarządcy lasu – Stora Enso, jego właściciela – Bergvik Skog SA, władz gminy, ministrów sprawiedliwości, środowiska i rolnictwa. Dotarli nawet do premiera, gdyż nie wierzyli, że informacje, których im udzielano, mogą być prawdziwe.

Opowiem potem ze szczegółami, czegóż to dowiedzieli się tam w Värmlandii, bo nie wyobrażam sobie sprawy większej wagi dla wszystkich mieszkańców Szwecji.

Podczas gdy spieramy się o dotacje dla teatrów czy radykalne rozwiązania komunikacyjne w centrum Sztokholmu, na prowincji dokonuje się znacznie większa rewolucja kulturalna. Co gorsza, w przeciwieństwie do większości pomysłów polityków, jest ona nieodwracalna. Krajobraz Szwecji zmienia skórę.

Przed sześćdziesięciu laty Sten Selander, poeta i botanik, wyraził obawę się, że Szwedzi wkrótce nie będą mogli znaleźć okolic, o jakich mówią piosenki ludowe. Puszcz, zagajników, łąk…

Hans Åfeldt i jego sąsiedzi mają już swoje lata, będzie im więc oszczędzony widok tego, co Stora Enso wyhoduje za ich oknami. Ale to coś już istnieje i zajmuje połowę powierzchni Szwecji: prostokąty wypełnione równymi rzędami drzew w jednym wieku, tego samego gatunku, przeważnie świerków. Tam, gdzie kiedyś były łąki, rozciągają się plantacje leśne. Tam, gdzie jeszcze niedawno rósł las, też są plantacje leśne. Od czasów Gustawa Wazy nie było w Szwecji tak wielu drzew – i tak mało lasów.

To istota Reformy. Krajobraz leśny ulega podobnym przeobrażeniom jak miasta w latach 60. Projekt budownictwa masowego[1] został przeniesiony na łono przyrody.

Może niektórzy traktują tę reformę w kategoriach postępu. U niektórych ludzi stare drzewa budzą ukrytą agresję. Właśnie toczy się kuriozalny spór o przepiękny buk na terenie szkoły katedralnej w Lundzie. Jest trochę schorowany, jak to bywa w wieku 175 lat, należy go więc wyciąć, orzekli miejscy eksperci[2]. Na wypadek gdyby ktoś wlazł pod drzewo i oberwał gałązką po głowie…

Współczesny szwedzki las bez wątpienia oznacza postęp pod względem tak bezpieczeństwa, jak i higieny. Nie murszeje tam drewno w niehigienicznym mchu, alergik może spacerować niezagrożony brzozą i konwalią. To również raj dla dzieci – nie ma obawy, że mały Wilhelm potknie się o spróchniały pniak, naje nieznanych grzybów lub zabłądzi. Najbliższa droga przebiega zwykle nie więcej niż 300 metrów dalej. Kto szuka ciszy, też będzie rad: spokoju plantacji nie zakłóca żaden dzięcioł ni piecuszek.

We współczesnym lesie nawet współczesna młodzież nie poczuje się nieswojo. Drzewostan jest posegregowany pod względem wiekowym niczym knajpy na Södermalmie[3]. Tu wdzięczy się gromadka przedszkolaków. Tam oddzielone prostą linią nastolatki, jednakowo ubrane na przekór pokoleniu 30+. A kawałek dalej – kontyngent siedemdziesięciolatków, gotowych do wycinki.

Tu kończą się jednak podobieństwa, ludziom dane jest bowiem dożyć różnego wieku, natomiast drzewa we współczesnym lesie wycinane są na półmetku życia. Na tym polega radykalizm tej reformy. Od niepamiętnych czasów człowiek traktował stare drzewo jako łącznika z praprzodkami, a nawet z całym wszechświatem. Wkrótce takie romantyczne skojarzenia będą przywilejem jedynie spacerowiczów w parku miejskim. W prowincjach o największym zalesieniu większość drzew już jest młodsza od człowieka, gdyż to, co pogięte, podstarzałe i nietypowe, nie ma tam racji bytu. (Z wyjątkiem obszarów górskich i kilku mikroskopijnych rezerwatów).

Trzech dorosłych mężczyzn ledwie mogło objąć potężną sosnę w Skrälldalen w Hälsinglandii, którą w końcu z wielkim trudem powalili w 1890 roku. Sto lat później ze świecą szukać w Szwecji tartaku, który przyjmie pnie grubsze niż takie, które zmieszczą się w objęciach dziecka. Nieodległa jest więc przyszłość, kiedy to wieśniak z Dalarny będzie musiał pofatygować się na Cmentarz Leśny Skogskyrkogården w Sztokholmie, by dotknąć sosny, która pamięta czasy jego dziadka. (Z Dworca Centralnego zieloną linią metra w stronę Farsta strand).

To nie prognoza na wyrost, lecz fakty. Nawet Narodowy Atlas Szwedzki nie uwzględnia już pojęcia „las”, zauważa Kerstin Ekman[4]. Mowa jest o „uprawach leśnych”. Prognoza dla upraw leśnych w tymże atlasie brzmi: W ciągu pięćdziesięciu lat dominującą populację sosen na południe od rzeki Dalälven zastąpią plantacje świerku, to samo dotyczy drzew liściastych w Skanii. No i co z tego? – spyta ktoś. Tego właśnie nie wiemy. Ale jeszcze się nie zdarzyło, by jakaś kultura na przestrzeni trzech pokoleń zamieniła naturę, która przez tysiąc lat była źródłem jej wierzeń i obrazów, w fabrykę drewna.

Mogę się mylić, ale jeśli miałbym wymienić punkt zwrotny we współczesnej historii Szwecji – moment, kiedy coś pękło – byłaby pamiętna noc w maju 1971 roku. Przez dwie dekady sztokholmczycy akceptowali wyburzanie dawnej zabudowy, która byłaby ozdobą każdej metropolii. (Dziś byle klamka z tamtych kamienic kosztuje równowartość przyzwoitej dniówki). Oczywiście było sporo narzekania, ale na tym koniec. I oto nagle okazuje się, że trzynaście wiązów stoi na drodze transportu – uwaga – PUBLICZNEGO. Wynik do przewidzenia, mogłoby się wydawać. Z jednej strony partia rządząca, z drugiej – jakaś setka rozchełstanych miłośników drzew. Ale to nie ci przykuci do konarów tworzyli historię. To ci na dole, w krawatach, którzy nadeszli z odsieczą. Z okolicznych banków. Nie można wykluczyć, że jakaś hrabina oberwała tej nocy policyjną pałką.

Tak, to było coś nowego. Wyższe sfery nagle pokumane z brodatą lewicą. I to w jakiej sprawie? Trzynastu starych drzew.

No proszę, coś w charakterze Szwedów musieli chyba przeoczyć konstruktorzy dobrobytu. Śpiewali na imprezach partyjnych szlagiery narodowego barda Taubego[5], ale może umknęły im poważniejsze tony? Bo teraz sam Taube okrzyknął ich barbarzyńcami. To były ostre słowa, i niewdzięczne w ustach kogoś, kto pobiera emeryturę państwową, i może liczyć na abonament na taksówki. Rety, co się tu wyrabia?

Bitwa o wiązy była pierwszą porażką idei dobrobytu opartej na przekonaniu, że wszystko, co stanowi wartość dla człowieka, da się ująć w tabelach. Dochód, odległość do przychodni, koszty uzyskania przychodu czy stężenie pyłków. To bez wątpienia ważne sprawy. Lecz wedle tej logiki wiązy w centrum Sztokholmu to w najlepszym wypadku pięć przyczep drewna opałowego, które stanęły na drodze do postępu.

Przypominam o tej bitwie, bo to nie przypadek, że właśnie drzewa, a nie jakaś przeznaczona do rozbiórki kamienica, skłoniły porządnych mieszczan, by pójść na łomot z policją. Zbombardowane miasto można odbudować. To nie koparka czy dynamit powodują najcięższe rany. To piła mechaniczna.

Zapewne to znak czasu, że wydawnictwa zasypują rynek książkami o utraconych lasach. Idąc tym tropem, mógłbym dowodzić, że z wyjątkiem bogów nic nie wywołuje takich emocji jak stare drzewa. Mógłbym powoływać się na Biblię i legendy, od Gilgamesza po Kalewalę, lub przypomnieć, że jeszcze nie tak dawno temu za wycięcie dębu wymierzano karę taką jak za ubicie smalandczyka[6]. Lub też cytować strona za stroną poetów szwedzkich:

 

Jakaś siła duchowa, tajemnicza siła

W ukrytych korzeniach drzewa wolę swą złożyła.

 

To słowa Karin Boye[7]. Ale Hollywood (jeszcze ta nazwa!) też nieźle się przysłużył. Warto sobie uświadomić, że film o największej oglądalności w historii nie traktuje o nieszczęśliwej miłości, ani nawet o Jezusie. Opowiada o niewybaczalnym ścięciu prastarego drzewa, pod którym rzekomo było złoto. Zauważyłem, że niektórzy byli rozczarowani zakończeniem. Ich zdaniem, mordercy drzewa powinni umierać w większych męczarniach. Według raportów, drzewna piękność z Avatara wzbudzała u wielu Amerykanów nieutuloną tęsknotę. Powstały programy terapeutyczne dla osób z PADS (Post Avatar Depression Syndrome), które nie radzą sobie z faktem, że nigdy nie zamieszkają w dżungli na planecie Pandora.

„Bestialskie morderstwo”, pisze kolega dziennikarz w „Dagens Nyheter” o zatrutych wierzbach w centrum Sztokholmu. Moją uwagę zwraca uczłowieczenie drzewa, niemal niespotykane w odniesieniu do zwierząt, nawet gatunków zagrożonych.

„Niech się zagnieździ u ciebie kormoran – piekło odchodów, smrodu i wrzasku! Niech ciąży nad tobą tysiąckrotna zemsta! Potępienie z koron drzew! Niech dach twojego domu na szkierach zgnije pod ciężarem odchodów kormorana, a potem runie na telewizor i kanapę. Wówczas twoja ostatnia tyrada na temat przyrody utknie ci w gardle niczym zardzewiały ruszt…”

Adresatem tych słów, napisanych w 2007 roku, jest pewien polityk gminny, któremu się zdawało, że robi dobry uczynek, zamieniając kawał prawdziwego lasu w tor motocyklowy. By młodzież więcej czasu spędzała na powietrzu.

Na uwagę zasługuje, poza furią, wiedza przyrodnicza mściciela. Członek Akademii Francuskiej nie wyraziłby się raczej w ten sposób. Przypuszczalnie nie wie nawet, co to za ptak, ten kormoran. Ale wśród pisarzy szwedzkich co drugi jest biologiem-amatorem co się zowie. Wiele to mówi o roli przyrody jako zwierciadła człowieka w naszej kulturze. A może nawet czegoś więcej? Autorka powyższego steku przekleństw nazywa się Ekman[8], na imię ma Kerstin. Gdyby ze szwedzkich bibliotek usunąć pisarzy, którzy w nazwiskach mają drzewa, niewielu by pozostało.

Kiedy w XVIII wieku ludzie wybierali sobie nazwiska, Niemcy i Brytyjczycy określali się poprzez kolory lub zawody. Stąd Brown, Smith i Müller. Szwedzi obierali miano według drzew. Najchętniej lipy albo zagajnika, brzozy, wiązu… No właśnie, drzew liściastych. W książce telefonicznej niesie się szum listowia, ale to niegdysiejsze lasy, ból fantomowy po krajobrazach, których znikanie obserwował Sten Selander.

Jedynie Szwedzi, Finowie i Japończycy w ten sposób próbują wtopić się w leśną gęstwinę, twierdzi etnograf Bengt af Klintberg. W krajach tych las zajmuje centralne miejsce w kulturze, jak również w życiu codziennym. Gdy nas pytają, jak chcemy mieszkać, odpowiadamy „w niekrępującym otoczeniu”, co oznacza dużo drzew i mało ludzi, tłumaczą pośrednicy nieruchomości. To nie lokalizacja w pobliżu teatru, szpitala, a nawet siłowni jest najbardziej poszukiwana, lecz „możliwość spacerowania po lasach i polach”. Jeśli wierzyć ogłoszeniom towarzyskim, to – poza seksem („nastrojowe wieczory”) – właśnie wędrówki w takim otoczeniu pragniemy uprawiać ze swą drugą połową. I to robimy! Co trzeci Szwed raz w tygodniu, jak informuje Centralny Urząd Statystyczny. Dowiaduję się, że oryginalna melodia szwedzkiego hymnu narodowego „Du gamla du fria”[9] to piosenka ludowa z Västmanlandii, która zaczyna się od słów:

 

Jadę sobie przez stumilowy las

gdy inni jeszcze smacznie śpią…

 

Podobno nie wypada mówić o czymś takim jak duch narodu. Lecz jako syn kraju pól (Polska znaczy pole) mogę zaświadczyć, że w duszy Szweda znacznie więcej jest szumu liści niż w mojej. My z wylesionych krajów wspominamy okoliczny lasek jako coś wyjątkowego – kryjówkę. Na przykład urodzonemu w Grecji Theodorowi Kallifatidesowi[10] „las” kojarzy się głównie z młodzieńczą chucią. Było to miejsce schadzek młodzieży z jego wsi. Jego obraz Szwedów jako społeczeństwa seksualnie wyzwolonego potwierdzał się więc za sprawą ciągłych wzmianek o wyprawach do lasu. Kiedy jednak koleżanka z pracy w nowym kraju zaproponowała mu leśną przechadzkę w czasie przerwy obiadowej, Kallifatides uznał, że tego już za wiele. Szwedzka rozwiązłość – w porządku. Ale w przerwie obiadowej?

„Kultura szwedzka zanurzona jest w puszczy niczym chata osadnika. Pachniemy żywicą i igliwiem.” Tak pisał historyk literatury Fredrik Böök w 1924 roku. Prawie sto lat później pisarz o innym temperamencie, tłumacz Joyce’a Erik Andersson, stwierdził (à propos książki Kerstin Ekman Panowie w lesie[11]), że o ile najświętszym przybytkiem kultury francuskiej jest język, to dla Rosjan jest to ziemia, a dla Szwedów – las. „Szukaliśmy lasu, a to my nim byliśmy”.

Ładnie powiedziane, jak często bywa, gdy szwedzki pisarz zaduma się nad drzewami. Idę o zakład, że na jedną kobietę jako przedmiot lirycznej tęsknoty przypada dwie brzozy, lipa i kilka morgów lasu mieszanego. Gdy idziemy do lasu, możemy się w nim zatracić.

 

Ach te mroczne lasy w nas

gdzie drzemią olbrzymy

To co zwiemy duszą

jest tylko rozedrganą plamą słońca

pod drzewami, śladem siekiery

gdzie dociera ukośne światło.

 

Tak pisał Werner Aspenström[12]. Ale nawet potoczne wyrażenia, takie jak „idź do lasu” (czyli ‘do diabła’ – niepojęte w większości języków), wskazują, że las to w sercu Szweda miejsce metafizyczne. Jest tam i raj, i ten drugi adres. Reprezentuje on wolność i fatalne zauroczenie, człowiek może tam zostać zbawiony lub zgubiony, tam czyha podstępna kobiecość, tam rodzi się dojmujący smutek i ekstaza. „Bóg nie umarł, przeniósł się tylko z kościoła do lasu”, stwierdził niedawno psychiatra Nils Uddenberg.

Może dla niektórych zawsze tam był? Historyk idei Sverker Sörlin zauważył, że nawet entuzjasta futuryzmu Artur Lundkvist[13] czcił drzewa:

 

Jeśli jest nadzieja dla drzew, jest też nadzieja dla człowieka, o ile człowiek, jako bóg dla siebie samego, nie zaneguje drzew jako bogów.

W takim razie nie bez znaczenia wydaje się fakt, że lasy, które niegdyś inspirowały budowniczych katedr, obecnie przypominają kryty parking. Ciasno ustawione kolumny i niski strop. Inne będzie więc nabożeństwo.

Przypominam o tym, by namówić czytelnika na wspólną wyprawę do Kvikkjokk, Vuollerim i Storfors, do Hedekas i Arjeplog. A nawet do ostatniej puszczy w Europie – wszystko po to, by zrozumieć ten bezsilny gniew, którego nie widuje się w Sztokholmie, a który wita reportera na prowincji – czyli w Szwecji.

Zaczęło się to w Storfors. Hans Åfeldt stoi wśród szczątków swojego lasu. Operator kombajnu właśnie zrobił sobie przerwę. Napadało śniegu, zmierzch gasi kolory – teraz wszystko wygląda upiornie jak na czarno-białych fotografiach z frontu. Chciałem przeprowadzić wywiad z sąsiadem Åfeldta, ale dałem spokój. Może dlatego, że nigdy nie wiem, jakie pytania zadaje się w domu żałoby. A może jego zaciśnięte szczęki i coś szczególnego w spojrzeniu sprawiły, iż poczułem się współwinny spustoszenia. Jest nauczycielem. Przez trzydzieści lat ten kawałek lasu służył mu jako pracownia biologiczna i miejsce biegów terenowych.

Jak już wiemy, ze względu na ten las Åfeldt przeprowadził się tu z Örebro przed sześciu laty. „Czułem błogość co rano, otwierając drzwi. Znajomi, którzy przyjeżdżali w odwiedziny, byli oczarowani. Ale inspektor z Zarządu Lasów, po przybyciu na miejsce, potwierdził opinię spółki leśnej. To bezwartościowy las przemysłowy, orzekli, w dodatku o znikomych walorach przyrodniczych, zwłaszcza że wokół są karczowiska.”

Hans Åfeldt uważa, że las stał się kwestią klasową. „My z terenów leśnych jesteśmy pariasami. Mieszkańcy miast mogą być spokojni o swój las.” Upływa dłuższa chwila, zanim dociera do mnie, że ten pozorny paradoks to ponura rzeczywistość.

Sztokholmczyk może wybrać się na rowerze w urokliwe knieje i łazić tam godzinami, nie natrafiając na drogę. A w najbardziej zalesionej prowincji Szwecji Hans Åfeldt nie może powłóczyć się wśród leśnych upraw nawet przez kwadrans, by nie natknąć się na karczowisko. W Sztokholmie strefa chroniona przed całkowitą wycinką ciągnie się 30 kilometrów od miasta. W Storfors to ledwie pięć metrów od węgła domu. Może dlatego mieszczuchy jako ostatni zdają sobie sprawę z przeobrażeń krajobrazu.

Jak do tego doszło, że tereny wiejskie stały się wyrzutkami systemu ochrony przyrody? Stoi człowiek wśród stosów gałęzi, przygląda się tej demonstracji brutalności i ma wrażenie, jakby czas cofnął się do lat 70.

Albo jeszcze dalej, do czasów samowolki leśnej na początku epoki przemysłowej. Bezwstydny język władzy, arogancja. Åfeldt i jego sąsiedzi musieli wysłać stertę pism, nim doczekali się jakiejś reakcji ze strony spółki i urzędów państwowych. Powoływali się na przepisy prawa, wypowiedzi ministrów, badania, załączali mapy i podpisy. Odpowiedzi, jakie dostali, były zdawkowe i protekcjonalne: „Otrzymaliśmy Państwa opinie … nie powodują skutków…”

Hans Åfeldt nigdy nie czuł się tak bezsilny i upokorzony. Zarówno spółka, jak i władze dawały mu do zrozumienia, że jest głupkiem, a może nawet pieniaczem, bijąc na alarm w sprawie wartości estetycznych tam, gdzie chodzi tylko o surowiec drzewny. I do tego sądzi, że może wygrać! Pokazuje mi list od spółki Bergvik Skog. Przedsiębiorstwo nie odpowiada na żadne z jego pytań, tylko informuje, że za kilka lat karczowisko „może być całkiem interesujące dla miłośników przyrody”. Nie zapomni faceta ze Stora Enso, który przyjechał liczyć kurki. Åfeldt miał nadzieję, że to dla dobra sprawy. Mylił się. Fakt, że można tam było znaleźć grzyby, wskazywał, iż las wcale nie był tak często odwiedzany, jak Åfeldt twierdził. A więc nie był szczególnie potrzebny.

Ale najgorsze było odkrycie, że wszelkie jego wysiłki z góry były skazane na niepowodzenie. Już latem 2011, kiedy wysłał pierwsze pismo, wycinka była ostatecznie zatwierdzona przez Zarząd Lasów, choć żaden urzędnik nie widział lasu na oczy. I decyzji tej nie można było zaskarżyć.

Jak to? Czyżby władze pomagały koncernowi drzewnemu obejść jedyne prawo chroniące obszary leśne? Tak właśnie jest, o czym przekonał się Hans Åfeldt, a potwierdza to dokumentacja zgromadzona w wielu opasłych segregatorach. Teraz ma nadzieję, że opiszę wszystko, czego się dowiedział, by inni nie popełnili tego samego błędu. Czyli nie wyobrażali sobie, że mamy jakąkolwiek prawną ochronę lasów ze względu na potrzeby człowieka.

Obecnie, gdy kupujemy mleko (a nawet podcieramy sobie tyłek), jesteśmy nieustannie zapewniani o odpowiedzialności przemysłu drzewnego za środowisko naturalne. Las, z którego została wyprodukowana dana serwetka, rolka papieru toaletowego czy papeteria, uprawiano i wycinano z zachowaniem troski o człowieka i przyrodę, co potwierdza logo organizacji Svanen lub FSC na opakowaniu[14]. Produkty Bergvik Skog i Stora Enso także są opatrzone tymi krzepiącymi oznaczeniami.

Trzeciego dnia wycinki w pobliżu domu nadal stało kilka pięknych drzew. Wśród nich potężny świerk o obwodzie 2,7 metra, przypuszczalnie jeden z najstarszych świadków historii Storfors. Czyżby spółka w ostatniej chwili zmieniła zdanie? O nie, tyle że drzewo jest zbyt wielkie dla kombajnu leśnego, trzeba je więc wyciąć ręcznie, informuje operator maszyny. Rozumiem, pewnie tak masywne drewno jest szczególnie cenione? „Ależ skąd, żaden tartak takiego nie przyjmie. Stoi blisko domu i pewnie mnóstwo w nim gwoździ po budkach dla ptaków.” To co z niego będzie? „Papier albo pieluchy.”

Maciej Zaremba

 

Przekład: Magdalena Wasilewska Chmura

 

 

[1] Chodzi o tzw. Program Milion – uchwalony przez szwedzki parlament (riksdag) projekt budowy miliona mieszkań w 10 lat (1965–75), którego rezultatem są dzielnice bloków mieszkalnych, obecnie uważane za getta.

[2] Buk został istotnie wycięty 4.06.2012.

[3] Södermalm – dzielnica Sztokholmu, zamieszkiwana przez inteligencję i bohemę artystyczną, znana z licznych restauracji i klubów.

[4] Kerstin Ekman (ur. 1933) – pisarka szwedzka, członkini Akademii Szwedzkiej, autorka m.in. książki o lasach w kulturze, Herrarna i skogen (2007).

[5] Evert Taube (1890–1976) – szwedzki pisarz, malarz, autor i wykonawca licznych piosenek, które stały się popularnymi szlagierami.

[6] Według szwedzkich praw dzielnicowych (XIII w.) za zabójstwo mieszkańców różnych prowincji Szwecji groziły kary różnej wysokości. Kara za zabójstwo mieszkańca Smalandii była stosunkowo niska.

[7] Karin Boye (1900 – 1941) – szwedzka poetka modernistyczna, w której twórczości drzewo stanowi jeden z głównych symboli.

[8] Ek (szw.) – dąb.

[9] Pieśń powstała w 1844 roku do tekstu autorstwa Richarda Dybecka („Północy, prastara”) i melodii ludowej; oficjalnie uznawana za hymn narodowy od 1893 roku.

[10] Theodor Kallifatides(ur. 1938) – pisarz szwedzki greckiego pochodzenia.

[11] Kerstin Ekman, Herrarna i skogen, Stockholm 2007.

[12] Werner Aspenström (1918–1997) – szwedzki poeta, prozaik i dramaturg; w poezji opiewał przyrodę i codzienność.

[13] Artur Lundkvist (1906–1991) – szwedzki pisarz i krytyk literacki; łączył fascynację cywilizacją i naturą.

[14] Svanen – system oznaczania produktów ekologicznych w Skandynawii, wprowadzony w 1989 roku; FSC (Forest Stewardship Council) – organizacja międzynarodowa prowadząca system certyfikacji lasów i produktów drzewnych.