Polskę odkrył w X wieku pewien żydowski kupiec.

Wolno mi tak napisać? Czy może to uwłacza narodowi, że ktoś go odkrywa? Jednak czytamy, że to Ibrahim ibn Jakub z Kordoby wspomina jako pierwszy o tym, co później stanie się Polską: o księciu Mesko jego mroźnym kraju, jego skorych do gniewu poddanych i ich osobliwych zwyczajach.

Na przykład takim: młody żonkoś, który odkryje, że panna młoda jest dziewicą, może odesłać ją do domu ze słowami: „gdyby było w tobie coś dobrego, byliby cię pożądali mężczyźni i z pewnością byłabyś sobie wybrała kogoś, kto by wziął twoje dziewictwo.” Jest rok 966. Półtora wieku przed kroniką Galla Anonima.

W sąsiedniej sali można obejrzeć najstarsze polskie monety, z XII wieku. Polacy znają je jak własną kieszeń: z obrazka na rewersie 10 zł. Ale teraz gromadzi się tu tłumek i zaczynają się rozmowy, wyciąganie portfeli, porównywanie, kręcenie głowami. Nie, o tym nie mieli pojęcia. Że te dziwne znaki na pierwszych monetach znaczą „książę Mieszko”. Tyle, że po hebrajsku.

Niewiele jest muzeów, które potrafią wstrząsnąć wyobrażeniami zwiedzających już przy pierwszej gablocie. Ale Polin nie jest zwykłym muzeum. Ludzie zjeżdżają z drugiego końca świata, żeby je zobaczyć, i niektórzy wychodzą zapłakani. Trudno mi znaleźć słowo na to, co tu się odbywa. Zamawianie duchów? Kontemplacja? Katharsis?

Jesteśmy na Muranowie, w tej części Warszawy, do której moja mama nigdy nie chciała chodzić. Gdy kiedyś, mimo to, przypadkiem tam trafiliśmy, wzrok jej poszarzał i zamilkła, zesztywniała. Próbowałem zabawiać ją dziecinną paplaniną. Czemu te domy stoją wyżej niż ulica? Fuknęła na mnie, niespodzianie ostro, że dosyć ma już głupich pytań. Słów nie pamiętam, tylko to, co stało się z jej twarzą. W jednej sekundzie przemknęła przez nią wściekłość, rozpacz i smutek tak bezdenny, że ja, potraktowany właśnie jak idiota jedenastolatek, pojąłem w tym momencie, nie rozumiejąc ani czemu ani jak, że moją misją w życiu będzie pocieszanie mojej mamy.

Jest nas dość wielu z taką misją, rozsianych po świecie, ale nikomu z nas się nie udało. Jesteśmy dziećmi tych niepocieszonych.

Foto: Karol Szczecinski. Muzeum Historii Żydów Polskich

Na fotografii jest odpowiedź na moje pytanie. To tam zostało ono postawione, jakieś sto metrów na lewo od kościoła, piętnaście lat po zrobieniu zdjęcia. Substancja między ścieżkami to mieszanka ludzkich kości, ceglanego pyłu i popiołu. Ta pustynia ciągnie się kilometrami dookoła. Tyle zostało po żydowskiej dzielnicy w Warszawie.

Po wojnie władze uznały, że nie da się wykopać resztek z ruin. Skruszono je i udeptano, a na tym miejscu zbudowano nowe miasto. Ulicom, które biegły już inaczej, ponadawano nowe nazwy. Kiedy tam szliśmy w 1962, nic prawie nie przypominało o tych 400 tysiącach Żydów, którzy dwadzieścia lat wcześniej tu mieszkali, umarli tu albo zostali stąd zabrani w swoją ostatnią drogę.

Nikt też nie powiedział mi, że basen, gdzie w Poznaniu chodziłem na lekcje pływania, był przed dwudziestu laty synagogą. Albo że w drodze do szkoły depczę po żydowskich macewach. Nie wiedziałem, że przed wojną istniały setki miasteczek, gdzie rozmawiano głównie w jidysz. Żaden szkolny podręcznik nie podawał, że naziści stworzyli obozy śmierci dla Żydów.

Aż do lat 80. można było dorastać w Polsce, nie zdając sobie sprawy, że ten kraj od średniowiecza do całkiem niedawna był największą etniczną i wyznaniową mieszanką w Europie. Gdy polska armia we wrześniu 1939 wyruszała przeciwko Hitlerowi, miała kapłanów polowych pięciu wyznań. Wśród nich siedmiu rabinów i jednego imama.

Niewiele znam przykładów równie skutecznego prania mózgu jakiejś nacji. A może to skaza samozawiniona? Pamięć o trzech milionach polskich Żydów, o całym świecie pełnym szkół, świątyń, słynnych filozofów, teatrów, żydowskich dzielnic i całych miasteczek, związków sportowych, gazet, partii politycznych i wojskowych oddziałów wyznania mojżeszowego… Jakże mogła zniknąć? Jak to możliwe, że kraj, któremu amputowano całą kulturę, zawsze istniejącą w jego krwiobiegu, nie odczuwał bólów fantomowych? Albo choćby żalu?

Dziś mamy istny zalew książek, które próbują odpowiedzieć na te pytania. Często obarcza się winą komunizm. To prawda, dla marksisty wojna światowa była przejawem walki klas, zatem zabrakło tam miejsca na ludobójstwo, nie pasujące do schematu. „Ofiary faszyzmu” głosiły napisy na masowych grobach, w których leżeli sami Żydzi. Dopiero w latach 80. Holokaust mógł przejść przez cenzurę.

Komuniści w Polsce mieli niewątpliwie także inne powody, żeby odmawiać mniejszościom ich miejsca w historii. Ponieważ uważano ich za marionetki Moskwy, usiłowali być bardziej polscy od Polaków. Czasami było to tylko absurdalne, jak mania nazywania wszystkiego, od dzielnic miast po papierosy, imionami polskich rycerzy czy nazwami dynastii. Groźne zrobiło się, kiedy mniejszości (Żydów, Niemców, Ukraińców, Ślązaków, Białorusinów, Mazurów i innych) wypisano ze wspólnej historii i zaczęto traktować jako element obcy. Ten proces kulminował jak wiadomo w latach 1967–1969, kiedy to „wrogów socjalizmu” przedstawiono jako wrogów narodu, a przy tym okazało się, że noszą oni żydowskie nazwiska.

Rzecz tylko w tym, że na wielu innych obszarach Polacy nie dali tak łatwo wymazać sobie pamięci. Agresywna niepamięć dotknęła niemal wyłącznie polskich Żydów. Trwała przez prawie pół wieku. Potem wybuchły bóle fantomowe.

Czemu tak późno? Czy muszą wymrzeć naoczni świadkowie, żeby można było mówić swobodnie o tym, co się stało? Powiedziano, że nikt, kto był świadkiem Holokaustu, nie jest bez winy. Amerykański psychiatra Robert J. Lifton zauważył, że ludzie, którzy byli obecni przy czymś tak straszliwym, usiłują odzyskać równowagę, dystansując się od ofiar. Lub po prostu szukają usprawiedliwień dla własnej bierności. Albo bezsilności. W rodzaju, że ofiary w jakiś sposób same są winne swego losu. Istnieje w Europie typ antysemityzmu, który nie może wybaczyć Żydom, że ich zagłada popsuła innym autowizerunek.

I jest jeszcze inny, bardziej trywialny, lecz nie mniej traumatyczny powód tego długiego zapomnienia. Ktoś się wprowadził do domu Singerów tego samego dnia, kiedy rodzinę zabrano do obozu. Ktoś inny przejął ich piekarnię czy kancelarię adwokacką z obrazami, dywanami, porcelaną. Dla milionów ludzi śmierć żydowskiego sąsiada oznaczała możliwość lepszego życia. Są w Polsce takie miasteczka, gdzie prawie nikt nie może czuć się pełnoprawnym właścicielem swego domu. Jakie ślady zostawia to w duszy? Podróżujący po tych okolicach rzadko dostają odpowiedź na pytanie, gdzie kiedyś stała synagoga.

„Tęsknię za tobą, Żydzie” można było przeczytać na murach i ścianach budynków od Krakowa po Gdańsk w roku 2005. Do tego czasu przez dziesięć lat wydano blisko tysiąc tytułów poświęconych losom Żydów. Wszystko, od rewelacji w sprawie udziału Polaków w Zagładzie, rozpraw naukowych, pamiętników i raportów z badań po książki publicystyczne i pamiątkowe albumy o miastach, których już nie ma. Jakby pękła jakaś zapora. (Muszę tu odnotować ponury paradoks: prawdopodobnie jest dziś więcej książek o polskich Żydach, niż Żydów mieszkających w Polsce). I ten zalew wciąż trwa, w zdumiewającym wręcz tempie dziesięciu tytułów na miesiąc.

Przeważnie jest to bolesna lektura dla Polaków, których przez sto lat karmiono narodowo-romantyczną ideą o „narodzie polskim” jako czymś prastarym, pierwotnym i bez domieszek. I jeśli spyta się Polaka (proszę zapytać mnie!), czym się wyróżnia to nieskażone plemię, odpowie pewnie „tolerancją”. Polskim claim to fame jest to, jeżeli Państwo nie wiedzieli, że byliśmy kolebką i ostoją wolności religijnej. Jedynym krajem, gdzie uchodźcy ze wszystkich wojen religijnych Europy mogli znaleźć schronienie.

*

Teraz się sypią te wyobrażenia. Tamta etnicznie czysta Polska nigdy nie istniała. Kraj był tyglem religii i nacji, od biedy powiązanych językiem. Nie ma nawet sensu pytanie o wkład Żydów w polską kulturę, ponieważ tych dwóch rzeczy nie da się rozdzielić. Kultura polska, taka jaką znamy, nie byłaby sobą bez trzydziestu pokoleń żydowskich drukarzy, poetów, wynalazców, proroków, kupców i ich latorośli. Byłaby inną kulturą. Nikt nie wie jaką, lecz na pewno ubożsżą w półcienie.

Także tolerancja jawi się w innym świetle. Polskie prawo z 1573 roku, zakazujące dyskryminacji z przyczyn religijnych, było istotnie wyjątkowe. (Podobne uprawnienia Szwedzi otrzymali dopiero w roku 1951, bez mała czterysta lat później). Ale nie przeszkadzało ono w odsuwaniu Żydów od pewnych zawodów, wypędzaniu ich z miast, gnębieniu ich dowolnie nakładanymi podatkami ani robieniu z nich kozłów ofiarnych, winnych wszelkim nieszczęściom.

Najbardziej bolesne dla portretu wlasnego Polaków jest uświadomienie sobie, że nie „zrobili, co mogli”, jak zwykło się mówić, żeby ocalić polskich Żydów od hitlerowskiej machiny śmierci.

Niewielką pociechą jest fakt, że Polacy zrobili więcej niż inne narody, kiedy teraz przychodzi im zrozumieć, że część z nich wydawała swoich sąsiadów, czy nawet brała udział w zabijaniu.

*

Jako narodowy rachunek sumienia, to, co się teraz dzieje, nie ma precedensu. Wcześniej tylko Niemcy potrafili tak bez znieczulenia ciachać w swoim autowizerunku. Ale Niemcy nie mieli już nic do stracenia. Niektórzy twierdzą jednak, że polska odwaga do samokrytyki podszyta jest koniecznością. Że ludzie już nie mogą dłużej żyć w domu, w którym straszy.

Ktoś powiedział, że w Polsce można czuć się świetnie, dopóki nie otworzy się gazety. Od chwili upadku komunizmu kraj rozwija się w zawrotnym tempie. Bieda maleje, prawie wszystko działa, łapówkarze siedzą pod kluczem, można poruszać się na wózku inwalidzkim, polscy uczniowie zostawiają w tyle szwedzkich, na czele rządu stoi kobieta, płace rosną, przestępczość spada, a Żyd z pejsami jest w Warszawie bezpieczniejszy niż w Malmö. Ten i ów zaczął już sortować śmieci. Z ludźmi można dogadać się po angielsku, są życzliwi dla obcoplemieńców. Ba, nawet dla Rosjan.

Ale otworzyć gazetę to tak, jakby uchylić bramy czyśćca. Spokojny kraj zdaje się drżeć na krawędzi wojny domowej. Nie można ufać nikomu, politycy są albo cyniczni, źli, albo skorumpowani; kraj pozostaje w rękach zdrajców, pederastów, wyznawców Antychrysta, szwedzkich feministek (a tak), obcych agentów, UE, mafii, komunistów, Putina i Angeli Merkel.

To jest ten dom, w którym straszy. Na publicznej scenie, w polityce i na szpaltach gazet, rozsądni, zdałoby się, prawicowi politycy przestają zachowywać się racjonalnie. Gdy spotykają odmienny pogląd, wietrzą wroga. Trywialne sprzeczki mogą w mgnieniu oka nabrać wagi zmagań dobra ze złem. Tak jakby byli więźniami greckiej tragedii. Ktoś pisze ich role.

Robią to duchy, uważa antropolog kultury Joanna Tokarska-Bakir. Widma nieopłakanych. Albo, mniej poetycko: wyparta historia.

Proszę nie pytać mnie, jak duchy to robią. Ale wydaje się, że ludzie, którzy wbrew lepszej wiedzy bronią swego autowizerunku, skłaniają się ku widzeniu świata w kategoriach czerni i bieli, dobra i zła. Jakby najmniejsze zawahanie groziło otwarciem szczeliny w pancerzu, przez którą mogłoby wedrzeć się wielkie zwątpienie.

*

Potrzebowałem tak długiego wstępu, aby pokazać, że Polin, nowo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, także PISZE historię. Wyznacza symboliczny kres pewnego narodowego spojrzenia na historię w kraju, gdzie nacjonalizm – z przyczn historycznych – był do niedawna nieodzowny i równoznaczny z dążeniem do wolności. To niemało, zwłaszcza jeśli popatrzeć, dokąd zdaje się zmierzać Europa.

Polin to hebrajska nazwa Polski. Już w pierwszej sali muzeum lekka konsternacja. Tam, gdzie można by się spodziewać średniowiecznego zwoju Tory, szumi puszcza. Wsłuchujesz się w ptasie tryle, aż pojmujesz. Twórcy muzeum odwrócili perspektywę! To nie Polska tu opowiada historię Żydów. To Żydzi, którzy tu mieszkali opowiadają swoją. Las był, rzecz jasna, pierwszą rzeczą, jaką ujrzeli przybysze z Kordoby.

W kolejnych salach przemawiają głównie żydowskie źródła. Jeśli ktoś chce, wystarczy mu czytania i słuchania na cały tydzień. Są tu schowane w szafkach, szufladach, przegródkach, na ekranach dotykowych, w słuchawkach – listy, umowy kupna, pamiętniki, protokoły policyjne, przepisy kucharskie, religijne spory…

Chór pomieszanych głosów, często osobistych, czasami intymnych, z ośmiu wieków. Wiedza potomnych maksymalnie wyciszona. Nie znam żadnego, tak świadomie anty-anachronicznego muzeum, gdzie zwiedzających kusi się, by się rozpoznawali w dawno temu zmarłych.

Rezygnacja z wszechwiedzącego komentarza na rzecz świadków z epoki to genialny pomysł, jeden z paru, dzięki którym muzeum jest tak przejmujące. Zwiedzający przenosi się mentalnie z widowni na scenę. Inny szczęśliwy chwyt to odrzucenie abstrakcji. Któremuś z krytyków zabrakło na wystawie osobnej części poświęconej antysemityzmowi. Ów krytyk najwyraźniej nie załapał bluesa. Ta ekspozycja prosi, żebyśmy zapomnieli to, co wiemy. Zaprasza, byśmy popełzli pod prąd czasu, liznęli smaku życia, jaki znali ci żyjący wtedy.

I opowiada, bardzo obrazowo, że polscy Żydzi byli przez stulecia wystawieni na stałą nagonkę ze strony Kościoła a także, to na przemian, na chciwość feudalnych panów, kozacki resentyment wobec szlachty, nienawiść pańszczyźnianych chłopów do wszystkich dokoła, zawiść chrześcijańskich kupców oraz – w czasach współczesnych – na nacjonalistyczne wykluczenie i rasizm. Ale nigdy na wszystko to jednocześnie. Przez długie okresy władza królewska albo szlachta chroniła „swoich” Żydów przed zawistnymi mieszczanami i fanatycznym klerem. Późniejsze zbiorcze pojęcie „antysemityzmu” przeszkadza w zrozumieniu, jak tenże powstawał.

*

Większość muzeów mieści się w budynkach, które wzniesiono w innym celu. Wciska się to, co ma się do pokazania, do istniejących już lokali. Polin jest inne, co tłumaczy, czemu stworzenie go zajęło aż dwadzieścia lat. Zaczęto od szukania przestrzennej ekspresji dla klimatu danej epoki. Wiek XVII, złoty wiek polskich Żydów, wymaga przestrzeni wysokiej, otwartej. Schyłek XIX wieku to emancypacja, syjonizm i dezorientacja. Czy trzeba emigrować, czy można zasymilować się, ale pozostać Żydem? Tu człowiek ma nie wiedzieć, kędy droga. I czarne lata 1939–1945, klaustrofobiczny labirynt, w którym przestrzenie zakrzywiają się, a ściany walą się wokół wydanych na zagładę.

A zatem zaproszono architektów do wzniesienia budynku wokół historii, w której krzywizny i wysklepienia były już postanowione. Zwycięski projekt Fina, Rainera Mahlamäkiego (z którym konkurowali między innymi Daniel Libeskind i Peter Eisenman) jest zarazem prosty, niezwykły i naładowany symboliką. Fasada ze szklanych, ustawionych pod kątem paneli zabarwia się kolorem nieba; w niektóre dni wygląda jakby wzlatywała nad ziemię. Zaś w holu wejściowym, który jest zapewne najosobliwszym w Polsce wnętrzem (falowanie przestrzeni, gra światła i cienia, zanurzenie w barwie ciepłego piasku), nie wiemy, czy wędrujemy przez pustynię, czy rozstąpiły się wody Morza Czerwonego. Czy może wody płodowe. Tak czy inaczej, to hymn na cześć życia.

Niektórzy skarżą się, że wystawa jest zbyt bogata i w tej obfitości nazbyt łatwo się pogubić. To prawda, trzeba by pewnie tygodnia, żeby sobie to wszystko przyswoić. Już na samą rekonstrukcję polichromii z prowincjonalnej XVII-wiecznej synagogi z Gwoźdźca można poświęcić kilka godzin. Ale na mnie ten nadmiar i ten względny brak spójnego porządku robią zupełnie inne wrażenie. Wyzwalają ciekawość i nakłaniają do pokory. Niech nam się nie wydaje, że w jeden dzień można ogarnąć cały ten miniony bezpowrotnie świat. Jakaś bardziej natrętna struktura blokowałaby w zwiedzających autentyczność wzruszeń.

Widzę młodego człowieka, który przysiadł na ławce w wirtualnie odtworzonej jesziwie, animacji hałaśliwej szkolnej klasy, z głosami pozbieranymi z listów i pamiętników. Siedzi w tym samym miejscu, gdy przechodzę dwie godziny później. Mieszka w Brooklynie? A może w Hajfie? Czy dziadek coś mu opowiadał, czy zdążyli zabrać jakieś zdjęcia, czy też ten świat objawia mu się po raz pierwszy?

Warszawa w listopadzie to nie lep na turystów. Jednak w Polin panuje tłok i babilońskie pomieszanie języków. Angielski, hebrajski, hiszpański, rosyjski… To muzeum nie będzie miało problemów z liczbą zwiedzających. Niektórzy przyjeżdżają tutaj tylko po to, żeby podziwiać dzieło Mahlamäkiego. Mówi się już o „efekcie Bilbao”. A dla dzieci i wnuków emigrantów, jak Woody Allen, Barbra Streisand, Amos Oz i dziewięć milionów innych, Polin jest pierwszym muzeum ziemi ojczystej – najwspanialszą jak dotąd próbą przywołania pamięci tego świata, z którego większość żyjących dziś Żydów wywodzi swoje korzenie.

Myślę, że moja mama wyszłaby z tego muzeum zapłakana i trochę mniej niepocieszona. Nigdy nie przestała kochać kraju, który ją wypędził.

Maciej Zaremba

przełożył Mariusz Kalinowski

Tekst ukazał się 4 stycznia 2015 w największej szwedzkiej gazecie „Dagens Nyheter”

 

ŻYDZI W POLSCE

Większość ludzi uważających się za Żydów wywodzi się z obszaru, na który dziś składają się Polska, Litwa, Białoruś, Łotwa, Ukraina oraz zachodnia część Rosji, lecz który od XVI do XVIII wieku był jednym państwem, królestwem polsko-litewskim.

Napływ Żydów z Nadrenii zaczął się w średniowieczu. W roku 1264 książę Bolesław Pobożny zagwarantował Żydom swobodę wyznania, samorząd gminny oraz prawo wykonywania niektórych zawodów. Na początku XVI wieku gminy żydowskie istniały w około 100 miastach. 250 lat później w Polsce było największe skupisko Żydów na świecie, około 700 000 osób z własnymi gminami w 1100 miast i osad. W tym czasie w Szwecji wiara żydowska była jeszcze zakazana. Pierwsza gmina dostała zezwolenie dopiero w roku 1780.

Aż do lat 30. XX wieku większość polskich Żydów (wówczas około 3,3 miliona, dziesięć procent ludności) mówiła w jidysz. W wielu miastach na wschodzie ludność wyznania mojżeszowego stanowiła połowę mieszkańców. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej tylko Nowy Jork miał większą mniejszość żydowską niż Warszawa.

Zagłada położyła kres tysiącu lat żydowskiej historii w Polsce. Spośród nielicznych, którym udało się przeżyć, większość wybrała emigrację, a część została do niej zmuszona przez polską partię komunistyczną w latach 1967–69. Dziś żyje w Polsce prawdopodobnie koło 10 000 osób, uważających się za Żydów.

Polin, Muzeum Historii Żydów Polskich, jest owocem niezwykłej współpracy. Budynek został sfinansowany przez rząd i miasto Warszawę. Natomiast ekspozycja, finansowana z darowizn, jest dziełem międzynarodowej grupy naukowców pod kierownictwem profesor Barbary Kirshenblatt-Gimblett z Uniwersytetu Nowojorskiego. W pracy uczestniczyło wielu wolontariuszy: na przykład wspaniała polichromia z synagogi w Gwoźdźcu została zrekonstruowana przez studentów z ośmiu polskich miast.

Muzeum zostało otwarte w kwietniu 2013 roku, lecz oficjalna inauguracja miała miejsce dopiero w końcu października 2014. Stała wystawa opowiada o żydowsko-polskiej historii od średniowiecza aż po dzień dzisiejszy. Muzeum jest także domem kultury, gdzie odbywają się koncerty, seminaria, przedstawienia teatralne i debaty.